Zauważyliśmy unipega. Pasł się. Wiatr pieścił jego białą grzywę. Serce mi się krajało na widok tego stworzenia. I jeszcze musiałam je zabić! Mishi, Mishi, Mishi. Opanuj się. Zanim otrząsnęłam się z myśli, Hondo już podbiegł do unipega. Ruszyłam za nim.
-Cicho!-Syknął
-Zabijamy go z zimną krwią czy zaganiamy do pułapki i zatruwamy?
-Mamy mało czasu. Zabijamy go teraz. Na raz, dwa, trzy skaczemy.
Czekałam na sygnały.
-Raz...
Podeszłam bliżej tego niezwykłego konia.
-Dwa...
Naprężyłam grzbiet do skoku.
-TRZY!
Wybiłam się równocześnie z Hondo. Wylądowaliśmy na grzbiecie rumaka. Ten zaczął stawać dęba.
Zamknęłam oczy i szybko wgryzłam się w jego szyję. Poczułam krew... nie, to nie była krew... ten smak przypominał smak jagód.
Unipeg padł. Westchnęłam cicho. Hondo wyrwał mu róg i skrzydła.
-I co teraz?-Spytałam
-Spokojnie. Idziemy do Michaela po dalsze wskazówki.
Więcej nie odezwaliśmy się póki nie dotarliśmy do brata Hondo.
-Dobrze-Rzekł Michael-A teraz...
<Hondo, Michael?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz