niedziela, 28 grudnia 2014

Od Keiichi'ego


Od kiedy stanąłem na tych dziwnych pastwiskach, ciągle towarzyszy mi uczucie bycia śledzonym, osaczony. Wiecznie czuję czyjś wzrok na sobie. Momentami jest to tak nieznośne, że zaczynam tarzać się po ziemi i krzyczeć w niebo głosy.
Od 4 dni nie jestem w stanie niczego zjeść. Poluję, ale kiedy zniżam nos do mięsa, uderza mnie ten zapach. Sprawia, że zaczyna mnie mdlić. Ostatnio się nawet zrzygałem po powąchaniu świeżego mięsa. 
Wygryzłem kości żeber. Połamałem i najcieńsze, ostre "kły" kości powiązałem trzciną. 
Zrobiłem 20 medalionów po 20 kości, ponieważ 20 to liczba cieni chroniących wilki, a kości dzików, z których amulety były zrobione, to materiał, który składa się w ofierze bogom cieni. Wbiłem duże gałęzie do ziemi w kształcie okręgu, powiesiłem na nich amulety. Usiadłem w środku, o północy rozpaliłem ognisko, ostrą kością rozciąłem swój bok. Ranę zrobiłem tak głęboką by widać było żebra. Krew, która spływała mi po zlepionym futrze, zebrałem do miski z drewna. Naplułem do niej, ziele, które wcześniej zebrałem, roztarłem i wrzuciłem do pojemniczka, wybrałem popiół z drewna brzozy i całą mieszankę włożyłem w środek ognia. Zamknąłem oczy i wymawiałem niezrozumiałe słowa. Zaklęcie demonów cieni. 
Poczułem, że otaczają mnie setki ślepiów. Warczenie i ryk. Tylko to dało się teraz słyszeć. Atakowali mnie, jednak nie mogli przejść przejść do okręgu. 
Nag ogniskiem pojawiły się wielkie ilości cieni, które odleciały w stronę ślepi. Otwarłem oczy. Było dosyć jasno. Księżyc tak mocno świecił. Dało się oglądać tą rzeź, którą urządziły cienie na moich prześladowcach. 
Kiedy skończyło się wszystko, podpaliłem suche trawy na całym obszarze pastwisk.
Sam zaś uciekłem do lasu i biegłem tak długo, do póki nie stanąłem u brzegu jakiegoś jeziora. Na jego środku była wysepka. Wskoczyłem do lodowatej wody. Moje ciało przeszyło uczucie, jakby wbijano mi miliony igieł w mięśnie. Jakby tego było mało, jakiś wilk płynął z mną. 
Dopływaliśmy do wysepki, woda była głęboka na ponad 10 metrów.
Już miałem wyskoczyć z wody, kiedy ów prześladowca skoczył na mnie i zanurzyliśmy się w wodzie. Jak się okazało, zaatakowała mnie ładna wadera. Miała... Niebieskie futro? Pewnie tylko pod wodą tak wygląda.
Tonęliśmy. Dno było strasznie daleko. Wilczyca próbowała dodatkowo mnie udusić.
Kątem oka zdołałem dostrzec zbliżające się jakieś monstrum.
Byłem prawie 2 razy większy od wilczycy. Otuliłem ją tak, by nie mogła się ani szarpać, ani mnie zabić. Poczułem rozrywający ból. Ta wadera rozdarła mi skórę na klatce piersiowej. Ścisnąłem ją jeszcze mocniej. Zaczynało mi brakować powietrza. Jej też.
Z całych sił machając łapami wydostałem se na brzeg i cudem umknąłem stworowi. Od kiedy pojawiłem się na obcych terenach ciągle coś próbuje mnie zabić. Byłem śmiertelnie głodny i wykończony, zastanawiałem nawet czy nie zabić i nie zjeść małej.
Była nie przytomna. Zrobiłem z patyków dookoła niej okrąg i poszedłem na polowanie, zostawiając ją przy barierze cienia. Jeśli się obudzi zastanie teatrzyk cieni, przez co powinna zostać praktycznie śmiertelnie wystraszona. Oby tego nie zrobiła. Po jakiś 15 minutach, wróciłem z amuletami. Wciąż spała. Dookoła odgrywało się makabryczne przedstawienie demonów.
Zrobiłem okrąg z amuletów i dość przykry sposób obudziłem waderę. Mianowicie, naciąłem jej delikatnie łapy ostrzem i wlałem do pyska wodę. Zaczęła się krztusić.
Nie chciałem jej zrobić krzywdy, a tu co? Można powiedzieć, że ją torturowałem. Życie.
Leżała dławiąc się i wijąc. Naciąłem jej sprawnym ruchem obydwa boki. Wiercąc się zrobiła sobie tylko większą krzywdę. 
Postanowiłem tylko ją torturować. Przestała się krztusić i zawołała coś. Pojawił się ten sam potwór. 
Cienie zauważyły go i zaatakowały. Nic nie może się równać z siłą mocy cieni w furii.
Stwór padł i zmienił się w popiół. Wilczyca miała rozcięte łapy i nie mogła wstać. Wiedziałem co i tak trzeba zrobić. Sprawnym ruchem rozciąłem jej we wszystkich łapach ścięgno achillesa.
Wilczyca resztkami sił rzuciła się na mnie.chwila szamotaniny, wilczyca zdołała zacisnąć swoje zęby tuż poniżej mojego gardła. Cieszyłem się, że nie udało jej się wyżej.
Kopnąłem ją i tym razem ja zacisnąłem zęby na jej gardle.
Drgawki i wilczyca padła martwa.
Wskoczyłem do wody i dopłynąłem na ląd. 
Znalazłem jakąś skałę. /usiadłem na niej i popatrzyłem na księżyc. Noc chyliła się ku końcowi. Zdałem sobie sprawę, że jestem teraz na terenach jakiejś watahy. Mam nadzieję, że nie zabiłem jej członkini. 
Zacząłem wyć.
Oberwałem po chwili niewielkim kamieniem.
-Uciesz się!- usłyszałem niezbyt przyjemny ton głosu.

<Ktoś?>

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz